........................................................................................................................................
O baśniach, kangurze i przyjaźni życia
 
Osoba o jednej twarzy i wielu zawodach. Żyje z niewolniczej pracy swojego pióra. Pisze dla radia (uzbierało się 25 słuchowisk), dla teatru (18 sztuk), dla prasy (ok. 100 recenzji m.in. w Teatrze Lalek, Teatrze, Dialogu i Nowych Książkach), dla wydawnictw (20 książek i kilkanaście tomów przekładów z języków - bułgarskiego, angielskiego
i chorwackiego) i dla własnej przyjemności
.* 

Liliana Bardijewska – autorka, tłumaczka, krytyk literacki i teatralny – opowiada nam o swojej twórczości. O baśniowych i translatorskich nauczycielach pisania, prawdziwych przyjaciołach, zaciekawieniu innością, domach, które zdradzają swoje historie i sentymencie do Kubusia Puchatka. 

Biblioteczka Malucha: W ostatnim czasie Wydawnictwo Jedność wydało wiele baśni w Pani interpretacji. Co najbardziej ceni Pani w tych wiekowych historiach? Dlaczego warto opowiadać je wciąż na nowo? 

Bo na początku była baśń. Dopiero z niej wyrosły inne formy literackie i nie tylko literackie - od powieści poczynając, poprzez film i teatr, po operę, operetkę i musical. Na każdym kroku spotykamy znajomych bohaterów - poniewierane Kopciuszki, które stają się księżniczkami, złe macochy i podstępne czarownice, które ponoszą zasłużoną karę, Głupich Jasiów, którzy okazują się najmądrzejsi. To właśnie w baśni narodziły się zalążki melodramatu, komedii, thrillera czy horroru. Jej pierwszymi odbiorcami/słuchaczami bynajmniej nie były dzieci. Jednym słowem - wszyscy wyrastamy z baśni:) 

BM: A jak Pani poznawała baśnie? Z jakiegoś konkretnego zbioru, z czyichś opowiadań czy szukając materiałów do własnych książek? 

Pierwszymi moimi przewodnikami po świecie baśni byli Bracia Grimm. Potem przyszła kolej na Andersena, którego trzy PIW-owskie tomy znałam prawie na pamięć. Łącznie z moją ulubioną „Księżniczką na ziarnku grochu.Stopniowo baśń stała się też moją szkołą warsztatu literackiego. Ona właśnie nauczyła mnie budowania żelaznej dramaturgicznej konstrukcji, ubierania problemu w fabułę, a także unikania dydaktyzmu i mentorstwa. 

BM: Bazyliszek to straszny stwór, który wykluł się z jaja złożonego przez koguta, a wysiedzianego przez węża. Czy jego historia – przynajmniej w wersji dla dzieci – nie mogłaby zostać nieco złagodzona? 

Ależ dzieci lubią się bać:) Oczywiście żartuję. Myślę, że najlepszy jest złoty środek - nie zastraszyć odbiorcy, ale też go nie przesłodzić. Chcemy tego, czy nie - dzieci także w życiu stykają się np. z problemem śmierci. Trudno, żeby baśnie ten temat omijały. Największy kłopot miałam z zakończeniem opowieści o Janosiku. Powieszony na rynku za żebro... Brzmi przerażająco nawet dla dorosłego! Ciężar tej sceny udało mi się przerzucić na galopujących z Wiednia zbójników z cesarskim dekretem łaski i na ciupagę, która wyłamuje kolejne wrota, by uwolnić Janosika. Nie zdążyli, ale Janosik wciąż żyje... w legendzie. 

A Popiel zjedzony przez myszy? Też horror! Tu pomogła szczypta humoru. To moja najnowsza trawestacja - zapraszam do lektury późną jesienią. 

BM: W rzeczywistości, inaczej niż w baśniach, straconych chwil nie da się odzyskać. Jaki jest Pani sposób, by nie gubić czasu (jak to poniekąd zdarzyło się Ślimakowi Lazurowi)? 


Nie rozstaję się z bohaterami książki lub sztuki, nad którą aktualnie pracuję. Jeżdżą ze mną na spotkania autorskie, na warsztaty dramaturgiczne i na wakacje, chodzą ze mną do teatru, na zakupy, gotują, sprzątają, czytają ze mną inne książki, oglądają filmy. I nieustannie mi o sobie opowiadają. A kiedy opowiedzą już wszystko, wtedy siadam w fotelu i spisuję ich opowieści. Nie mam czasu na nudę i na... stratę czasu 

BM: Lubi Pani podsłuchiwać, o czym szumią muszle? Czy ich opowieści spisywała Pani nad morzem? 

Bajkę o muszlach opowiedziały mi... góry. A konkretnie - latarnia morska wybudowana w górskiej dolinie (!) przez tęskniącego za morzem tureckiego paszę. Gotowa bajka! Miejsce akcji - Aguszewi Konaci w południowej Bułgarii. Polecam, bo to miejsce absolutnie magiczne! 

BM: Ma Pani swojego kangura? Kogoś, kto zawsze jest obok, gotowy wesprzeć i pomóc nawet wówczas, gdy cały świat się odwróci? A może rola kangura z opowiadania Moje – nie moje to zadanie każdego rodzica? 

Oczywiście tymi, którzy nas wspierają przez całe życie są nasi rodzice. Ale naszymi kangurami są też przyjaciele, których sobie wybieramy i którzy nas wybrali. Bo i my możemy być mądrymi kangurami. Do tego właśnie zachęca „Moje - nie moje”: bądźmy kangurami! 

BM: Poświęciła Pani całą książkę opowieści o Domu Marcina. A jaką historię opowiada Pani własny dom? 

Urodziłam się w domu wybudowanym przez moich dziadków. Różnica pokoleń, różnica doświadczeń, różnica czasów. Właśnie ten dom zdradził mi tajemnicę zakamarka czasu. Ale słuchałam także opowieści wielu innych domów - skrzypienia ich schodów, piszczenia rur, szumu wiatru w kominach. Z lat dziecinnych najbardziej utkwił mi w pamięci klimatyczny hotelik w Wernigerode, w samym sercu niemieckich Gór Harzu, z pruskim murem i trójkątnymi okienkami na mansardzie. On właśnie stał się po 30 latach Domem Marcina... 

BM: Nie tylko stworek z Zielonego wędrowca potwierdzi, że kolorowy świat jest piękniejszy od szarego. Ale wcale niełatwo wpuścić nowy kolor, inność, do swojej przestrzeni, przyznać jej równe do własnych prawa. Jak przełamywać ten lęk, obawy? Jak przestać myśleć o tym, co znamy, jako o jedynym sposobie życia? 

Myślę, że najlepszym sposobem na przełamanie strachu przed innością jest ciekawość. Stworek wędruje nad zieloną rzekę, bo jest jej ciekawy, bo jest ciekawy własnej zieloności. A gdy już tę ciekawość zaspokoi - wróci do szarej Stworii i do hymnu szarych Stworków: „My jesteśmy cali szarzy/ bo nam w szarym jest do twarzy!”. Rzecz w tym, byśmy umieli się różnić, szanując wzajemną odmienność. Zielony wędrowiec w każdej krainie jest witany inaczej - raz go wypędzają, bo jest zielony, innym razem oferują mu berło króla, bo... jest zielony, a na koniec - w zielonej krainie przestaje być inny, jest zielony, jak wszyscy. Bo inność, obcość to odczucia bardzo subiektywne. Obiektywnie (widziani np. z Kosmosu) - wszyscy jesteśmy tacy sami:) 

BM: Jakie to uczucie zobaczyć to, co narodziło się w Pani wyobraźni, wystawione na scenie? Czy zdarzyło się Pani przeżyć rozczarowanie, zauważyć, że ktoś nie do końca zrozumiał zawartą w tekście myśl? 

To za każdym razem niespodzianka i wielka teatralna przygoda. Widziałam już cztery sceniczne wcielenia zielonego wędrowca (w Białymstoku, Bielsku-Białej, Warszawie i w Olsztynie) - od aktorskich po lalkowe, i każdy był mi równie bliski. Były to też cztery różne interpretacje tekstu - od brawurowej komedii po refleksyjną sceniczną opowieść. Fantastyczne widzieć, że jedna sztuka może być inspiracją do całkowicie odmiennych inscenizacji. Nigdy nie próbuję ingerować w reżyserską wizję przedstawienia. Kiedy udostępniam swoją sztukę teatrom, mam świadomość, że zaczyna ona żyć własnym życiem. To trochę tak, jak z dorastającym dzieckiem - w pewnym momencie usamodzielnia się i trzeba się z tym pogodzić:) 

BM: Niezwykle ważnym elementem książek dla dzieci są ich ilustracje. Wydając swoje kolejne książki, współpracowała Pani z wieloma twórcami. Czy któregoś z ilustratorów ceni Pani szczególnie? Który z nich tworzy obrazy najbliższe tym, jakie powstają w Pani wyobraźni podczas pisania? 

Spotkanie z każdym ilustratorem było dla mnie ważne, bo każdy z nich pokazał mi, jak wygląda świat, który istniał tylko w mojej wyobraźni. Krystyna Lipka-Sztarbałło, Edward Lutczyn, Elżbieta Krygowska-Butlewska, Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak, Ewa Poklewska-Koziełło, Joanna Zimowska-Kwak, Emilia Dziubak - wielkie indywidualności polskiej ilustracji. Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwym autorem! Ale największą przygodę malarską przeżyłam podczas pracy nad pierwszym wydaniem „Zielonego wędrowca” z Mistrzem Adamem Kilianem. Razem zastanawialiśmy się, jak wygląda nasz bohater. Ja wiedziałam tylko, że jest sumą różnych zwierząt - że ma na przykład na głowie i pierzasty czubek, i różki. Dopiero jednak Adam Kilian pokazał mi, jakie to są różki - nie koziołka, nie jelonka, ale... ślimaka. W podobny sposób pracowaliśmy z Pawłem Migdalskim nad grafiką mojej strony internetowej. Wiedziałam, że bramą do tej krainy bajki będzie tajemniczy zamek, ale to Paweł nadał mu kształt i wybudował go swoim piórkiem. 

BM: Kto jako pierwszy czyta Pani teksty? 

Mogę powtórzyć - jestem autorem szczęśliwym. A to także dlatego, że mam w domu dwoje czytelników idealnych - moich rodziców, którzy oboje są pisarzami. Ojciec, Henryk Bardijewski, prozaik i dramaturg, jest kolegą po piórze. Mama, Sława, jest krytykiem literackim. Bardzo wnikliwie czytają moje teksty, i co bezcenne - bez taryfy ulgowej. Zawsze mogę liczyć na ich przyjazny krytycyzm:) 

BM: Kolejne Pani książki dotykają rozmaitych zagadnień. Którą ze swoich opowieści poleciłaby Pani jako pierwszą lekturę komuś, kto jeszcze nie zetknął się z Pani publikacjami? 

Najmłodszych czytelników zaprosiłabym do lektury „Mojego - nie mojego”, a nuż zechcą być kangurem? Trochę starszych zachęcałabym do wyruszenia w podróż dookoła tęczy z zielonym wędrowcem. Zaś młodszych nastolatków - do odwiedzenia domu ośmiu tajemnic. Myślę, że szybko zaprzyjaźnią się z samym Domem i mieszkającym tam Marcinem. 

BM: Po jaką literaturę sama Pani sięga najchętniej? 

Bliska jest mi literatura z kręgu realizmu magicznego, literatura wysmakowana językowo, ale także gorzka groteska typu Gombrowiczowskiego. 

BM: Jest Pani nie tylko autorką, krytykiem literackim, ale również tłumaczem. Ale – dlaczego wybrała Pani akurat język bułgarski? 

Bo najmniej o nim wiedziałam ze wszystkich języków bałkańskich. Język słowiański, ale bez odmiany rzeczownikowej, za to z czasownikiem rozbudowanym nieomal na wzór łaciński, spadkobierca „postrachu” wszystkich studentów slawistyki - staro cerkiewno słowiańskiego... To nie mogło mnie nie skusić:) Od zawsze interesowały mnie obszary pogranicza, a najbliższym nam pograniczem są właśnie Bałkany - wspaniały tygiel kultur, religii, temperamentów. Moja bułgarystyczna przygoda trwała ponad dziesięć lat. Napisałam sporo szkiców krytycznych o bułgarskiej literaturze i teatrze, przetłumaczyłam kilka powieści, zbiorów opowiadań, kilkanaście sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych. To była też doskonała szkoła doskonalenia własnego warsztatu pisarskiego. Przyglądałam się z bliska, niejako od podszewki, jak robią to bułgarscy mistrzowie pióra - Ludmił Stojanow, Paweł Weżinow, Błaga Dimitrowa, Jordan Radiczkow, Stanisław Stratijew, Emił Manow, Michaił Weliczkow, Aleksandyr Tomow, Kirił Topałow. To właśnie przekład, obok baśni, był moim najlepszym nauczycielem pisania. 

BM: Czy w dzieciństwie dużo Pani czytała? 

Pochłaniałam książki, odkąd nauczyłam się czytać. Z pewnością nie bez wpływu na to była pisarska rodzina i fakt, że mój dziecięcy kącik w jednopokojowym mieszkaniu był zbudowany z... półek z książkami. 

BM: Które z czytanych wówczas książek darzy Pani szczególnym sentymentem? 

Do dzisiaj pozostaję wierna mojemu przyjacielowi z dzieciństwa, bohaterowi jednej z pierwszych książek, którą samodzielnie przeczytałam - Kubusiowi Puchatkowi. Dlaczego? Dlatego, że rósł wraz ze mną. Kiedy miałam pięć lat, i on miał pięć. Kiedy ja miałam dziesięć - on też miał dziesięć. I do dzisiaj jesteśmy równolatkami. Przyjaźń życia! 

BM: Na koniec jeszcze jedno pytanie sentymentalne: kim chciała Pani zostać jako mała dziewczynka? 

Kiedy byłam małą dziewczynką marzyłam o tym, żeby... stać się dużą dziewczynką.
I udało się:) 

www.biblioteczkamalucha.pl
.....................................................................................................................................
SZTUKA DIALOGU

z Lilianą Bardijewską rozmawia Dorota Koman
Guliwer, 2/2002

Dorota Koman: Kiedy po raz pierwszy przeczytałam „Zielonego Wędrowca”, nie mniej niż sama bajka utkwiła mi w pamięci twoja „strona z autografem”. Ze zdjęcia na tej stronie patrzyła na mnie mała Lilka, a ja zastanawiałam się, kiedy ta Lilka stała się tak znakomitą bajkopisarką ?...

Liliana Bardijewska: Od małego miałam skłonność do konfabulacji i tworzenia światów„równoległych”. We wszystkich nieomal napotkanych przedmiotach i zabawkachodgadywałam jakąś opowieść, historię, bajkę. Z upływem czasu zaczęłam odkrywać te historie także w białej kartce papieru, która do dziś jest moją największą inspiracją... Pisanie przyszło samo - w literackim domu, takim jak mój było czynnością codzienną, całkowicie naturalną jak jedzenie czy spanie.

D.K.: Przypomnijmy, że jesteś autorką dwóch opublikowanych książek: w tym roku ukazał się „Zielony Wędrowiec”, a znacznie wcześniej, bo w 1984 roku nakładem czytelnika wydany został „Ratatuj”. Teraz na swą premierę czeka „Bractwo Srebrnej Łyżeczki”. Jednak 16 lat dzielących bardzo udany debiut od następnej książki, to szmat czasu...

L. B.: Rzeczywiście między „Ratatujem” i „Zielonym Wędrowcem” była spora przerwa,wynikająca bynajmniej nie z lenistwa! Napisałam w tym czasie wiele słuchowisk i kilka sztuk teatralnych. Ale przez 10 lat po studiach slawistycznych zajmowałam się przede wszystkim przekładami literatury bułgarskiej - niezasłużenie mało znanej w Polsce. Tłumaczyłam groteski sceniczne i radiowe J. Radiczkowa, St. Stratijewa, M. Minkowa St. Canewa,pełne humoru opowiadania dla dzieci „My, wróbelki” J. Radiczkowa, fatalistyczną prozę Al. Tomowa „Elegia dla ptaków”. To był dla mnie ważny okres. Przekład to bowiem najlepsza, choć twarda szkoła literackiego rzemiosła i autorskiej pokory. Trzeba być wiernym, choć na każdym kroku kusi zdrada - chciałoby się to czy owo napisać inaczej, po swojemu. Ale lojalność wobec autora zwykle zwyciężała. To był też okres mojego zbliżenia do teatru.Początkowo do teatru bułgarskiego - tak mało w Polsce znanego – który opisywałam na łamach pism branżowych. A wkrótce potem - do teatru lalek, który do dziś jest moją wielką pasją. To niezwykły obszar magicznych teatralnych światów, nie ograniczonych inscenizacyjnych możliwości i wspaniałych ludzi. Chciałam poznać jego specyfikę, szukałam lektur na ten temat i zdumiało mnie, jak mało się pisze o tym wielkim zjawisku, tworzonymprzez ponad 30 teatrów, dających ponad 100 premier rocznie! Zaczęłam pisać sztuki dla teatru lalek, który - paradoksalnie - ma wiele wspólnego z radiowym teatrem wyobraźni. Środowisko powitało mnie z sympatią, ale wkrótce okazało się, że lalkarzom bardziej jest potrzebne moje pisanie o ich teatrze, a mniej - dla ich teatru. I tak trwa do dzisiaj - na co dzień zajmuję się recenzowaniem i opisywaniem spektakli lalkowych, a w niedzielę tworzę swoje własne inscenizacyjne wizje, które od czasu do czasu trafiają na scenę.

D. K.: Wiesz na pewno, że również bohaterowie twoich książek są bardzo teatralni... Choćby moja ulubiona postać – Hmm, która nieustannie rozmawia sama ze sobą... Może dlatego właśnie jest mi tak szczególnie bliska, a Tobie? Lubisz tak „dialogować”?

L. B.: Od samego początku moje konfabulacje miały formę dialogową - dialogowały ze sobą kasztanowe ludziki, guziki, lalki. To też prawdopodobnie wpływ domu, gdzie od zawsze królowało słowo i słuchowisko. Nic więc dziwnego, że debiutowałam właśnie słuchowiskiem i przez kilka lat byłam mu wierna. Potem przyszła potrzeba, żeby dokładniej słowem opisać świat, który w radiowym teatrze wyobraźni opisywany był dźwiękiem. Wtedy właśnie urodził się „Ratatuj” ze swoją niespieszną, nieco pedantyczną narracją i z bohaterami, którzy dialogowali sami ze sobą, żyjąc bardzo „rozgadanym” życiem wewnętrznym. Większość z moich pomysłów „rodzi się” wraz z formą - jedne domagają się dialogu radiowego, inne - scenicznego, jeszcze inne - kształtu narracyjnego. Trudno to rozumowo wytłumaczyć.

D. K.: Mówisz, że trudno to wytłumaczyć rozumowo, a przecież kompozycja twoich opowieści jest bardzo wykoncypowana. Wnikliwy czytelnik nie tylko zauważy wątki metatematyczne, ale i da się wciągnąć w proponowaną przez ciebie zabawę literacką. Potrafisz zręcznie wpleść w baśń trochę teorii literatury, z przymrużeniem oka przemycić nieco teorii języka, by za chwilę z szelmowskim uśmiechem powiedzieć „teraz idźcie na spacer”...

L. B.: Wynika to po części z przekory - lubię przełamywać konwencje, rozbijać je na elementy i tworzyć z nich nową formę. Po części zaś to zapewne wpływ mojej fascynacji - jeszcze od lat szkolnych - XVIII-wieczną powiastką filozoficzną, pełną dygresji, zapętleń akcji, pauz i przewrotnych zabaw z czytelnikiem. Uwielbiam to Voltaire'owskie przymrużenie oka, ów przekorny angielski humor Fieldinga czy Sterne'a i ich błyskotliwe dialogi z czytelnikami.

D. K.: Króciutki cytat z „Ratatuja”: „Pozwólcie, że te smoczą opowieść umieścimy w oddzielnym, ósmym rozdziale, by smoki nie miały za złe, że każdy oprócz nich ma swój własny rozdział (...)”

L. B.: Bliska jest mi konwencja groteski zarówno w literaturze, jak i w teatrze. Stąd przekorna konstrukcja „Ratatuja”, stąd podszyta ironią autotematyczna „Ósma góra” czy nieco satyryczna sztuka dla młodzieży „Pięć minut”. Lubię grę z inteligentnym, wrażliwym odbiorcą - czytelnikiem i widzem. To dla mnie kolejne „piętro” dialogu, które wpisuję w większość moich tekstów. W niektórych sztukach dla dzieci liczę wręcz na udział publiczności w kreowaniu świata scenicznego. Zakładam przy tym pewien margines improwizacji... dyskretnie kontrolowanej.

D. K.: Kiedy czytałam twoje sztuki, zaskoczona byłam precyzją didaskaliów. Czyżbyś aż tak dokładnie wiedziała, jaką realizację swojej sztuki chcesz zobaczyć?

L. B.: To prawda, że w wielu moich sztukach zapisana jest bardzo wyrazista koncepcja inscenizacyjna. Ale nie jest ona przecież obligatoryjna. To tylko jedna z możliwych interpretacji scenicznych, forma zaproszenia reżysera do polemiki czy nawet prowokacja do sprzeciwu. Wiele z moich sztuk trafiło na sceny teatrów dziecięcych i młodzieżowych. Młodych bynajmniej nie peszyły moje sugestie umieszczone w didaskaliach, jedne przyjmowali, inne - odrzucali. I to jest całkowicie naturalne - spektakl teatralny jest przecieżformą dialogu między autorem, inscenizatorami i publicznością, dla której powstaje.

D. K.: Didaskalia dopełniają dialogi sztuki, trochę tak jak rysunki dopełniają opowieść, zwłaszcza tę dla dzieci. Skoro tak dobrze umiesz zapisać swoje wyobrażenia słowami, powiedz, czy umiesz też rysować? Czy kiedykolwiek rysowałaś swoich bohaterów?

L. B.: Jest moim kalectwem, że zupełnie nie umiem rysować. Stąd może paradoksalnie - wzięło się moje pisanie. Próbuję opisać to, czego nie umiem narysować? Powiem więcej - nie mam wyobraźni plastycznej. Potrafię się jedynie domyślić, przeczuć, jak wyglądają moi bohaterowie. Wiem, że stoją tuż za moimi plecami, słyszę ich, wyczuwam, ale kiedy się odwrócę - pustka. Dlatego tak ważny jest dla mnie kontakt z ilustratorem. On potrafi zobaczyć to, czego ja nie widzę. I tu miałam ogromne szczęście. Wszystkie trzy moje książki dostały się w najlepsze możliwe malarskie ręce. Joanna Zimowska-Kwak pokazała mi bohaterów „Ratatuja” - rozbieganą Hmm, zamyślonego Drożdżka, niefrasobliwych braci bliźniaków, Wielkouszka i Długoniuszka. Adam Kilian wyczarował kolorowe światy „Zielonego Wędrowca” - to była wspaniała, trwająca blisko rok przygoda, kiedy pozwalał mi zaglądać przez ramię i przyglądać się, jak rodzą się - ślimak Lazur, ptak Pąs, biały miś i zielony jeżozwierz. Poznałam już także bohaterów mojej najnowszej opowieści „Bractwo Srebrnej Łyżeczki”, których przedstawił mi Edward Lutczyn - Kajtka, łakomczucha inaczej oraz trzech jego wypróbowanych przyjaciół: Smaka, Niucha i Ucha. Mam nadzieję, że czytelnicy poznają ich w przyszłym roku.

D. K.: Twoich bohaterów nie sposób nie lubić, a książki czyta się jednym tchem. Może i dlatego, że znakomicie potrafisz ominąć mielizny nudnego dydaktyzmu, natrętnego moralizatorstwa?

L. B.: Od początku swojego pisania bardzo się wystrzegałam wszelkich dydaktyczno-
moralizatorskich pokus. Jak ognia unikałam wszelkich pouczeń, morałów, sformułowań expressis verbis ect. To był w moim pojęciu dowód szacunku i zaufania dla młodego i najmłodszego odbiorcy. Aż pewnego dnia... Było to w Kłodzku podczas „Małego Zderzenia Teatrów”. Po nader dydaktycznym, nudnawym spektaklu Dickensowskiej „Opowieści Wigilijnej” uczestniczyłam w spotkaniu zespołu z bardzo wyrobioną i polemiczną, a zarazem niezwykle szczerą dziecięcą publicznością. Spodziewałam się miażdżącej krytyki, a usłyszałam bardzo wnikliwą analizę postępowania bohaterów z powoływaniem się na kilkakrotnie powtarzany w spektaklu morał, że „trzeba być dobrym”. Natomiast ci sami dyskutanci nie zostawili suchej nitki na musicalowej inscenizacji „Doktora Dolittle”, gdzie jeden jedyny raz padło pouczenie, że „trzeba być grzecznym i myć zęby”. „Nie po to idziemy do teatru, żeby słyszeć to, co w domu” - argumentowali rozżaleni. Jak się więc okazuje bywają rozmaite „piętra” dydaktyzmu. Dało mi to sporo do myślenia - może i w tym starzy mistrzowie mieli rację?

D. K.: Ja jednak proszę cię, zostań taka, jak jesteś. Wrażliwi czytelnicy sami dojdą do wniosku, że warto wędrować, zdobywać doświadczenia, dawać i dostawać kolory; że jest to po prostu nieuniknione. Dzieci same (lub w rozmowie z rodzicami) dopowiedzą morał, z czasem zaś – samo życie dopisze pointę... Twoje bajki jakby mimochodem skłaniają do przemyśleń. Są bardzo „psychologizujące”, prawda? I wiesz, myślę, że Stworek nawet troszkę przypomina Ratatuja...

L. B.: To prawda - obaj ci nadwrażliwcy mają wiele wspólnych cech. Ale też nic dziwnego - obaj są przecież dalekimi krewnymi Muminków i nawet nie próbują tego ukryć. To wielka i szlachetna rodzina, więc zaszczyt do niej należeć po najdłuższej choćby kądzieli...

D. K.: Myślę, że wśród bohaterów polskich bajek jest jeszcze co najmniej kilku dalekich krewnych Muminków, a teraz polska książka dziecięca jest bogatsza także o nowe wydawnictwo – Agencję Edytorską EZOP. Czym dla ciebie jest EZOP?

L. B.: EZOP to wspaniała życiowa przygoda, którą w warunkach dzisiejszego rynku książki, należy zaliczyć do ... sportów ekstremalnych. Ela i Mariola Cichy powierzyły mi realizację swojego życiowego marzenia: organizację wydawnictwa dla dzieci i młodzieży, które promowałoby współczesną polską literaturę i ilustrację. Blisko rok trwały przygotowania, przymiarki, dyskusje, szukanie przyjaciół i sprzymierzeńców. Rok temu ukazały się pierwsze książki w trzech seriach, do których loga zaprojektował Adam Kilian, a których „znakiem firmowym” są „Strony z autografem” - odręczne dedykacje autorów każdej z książek dla czytelników. (Czyli znów forma dialogu ludzi z ... obu stron kartki papieru.) Cieszą nas edytorskie i środowiskowe sukcesy naszych „pierworodnych”, podnosi na duchu pięć dyplomów, zerkających ze ściany. Ale martwi nieobecność tych książek w księgarniach, spędza sen z powiek trudna współpraca z hurtowniami. Czytelnicy na szczęście nie zawodzą. Przekonują nas o tym komplety na spotkaniach autorskich w Teatrze Lalka i w licznych bibliotekach. A także korespondencyjny kontakt z dziećmi, które przysyłają nam swoje plastyczne wizje „Ezopowych” książek.

D. K.:
Odkąd bardziej wnikliwie obserwuję polski rynek książki dziecięcej, raz po raz słyszę o nagrodach EZOPA, przyznawanych przez tak szacowne gremia jak Polskie Towarzystwo Wydawców Książek, Polska Sekcja IBBY czy Biblioteka Raczyńskich. Trzymam kciuki za dalsze powodzenie wydawnictwa. To, co robicie, jest potrzebne zarówno małym czytelnikom, jak i nam – rodzicom, którzy często zagubieni jesteśmy w gąszczu nie zawsze wartościowych książek dla dzieci. Myślę, że podobnie bywa z tym, co piszesz. To jest potrzebne nie tylko (choć przede wszystkim) dzieciom, ale i nam, dorosłym, którzy po raz kolejny – dzięki twoim opowieściom - możemy wejść w piękny, bajkowy świat...

L. B.: Nie dzielę swoich odbiorców na starszych i młodszych. Ważny jest dla mnie ich poziom wrażliwości, gatunek poczucia humoru, zdolność odczytywania metafory. Tak jak nie istnieje „statystyczny” dorosły, tak nie istnieje „statystyczne” dziecko. Niekiedy pięciolatek bywa dojrzalszy od piętnastolatka. Dlatego pisząc, myślę o czytelnikach i widzach, widzących świat w podobnych barwach jak ja. A spotkania i bezpośrednie rozmowy z nimi przekonują mnie, że jest ich wcale nie mało!

Guliwer, 2/2002
.......................................................................................................................................
^ góra strony
 
fot. Ante Pulić